Coś nowego - recenzja opery!

Recenzja „Marii Stuardy”


opery tragicznej w dwóch aktach, skomponowanej przez Gaetano Donizettiego do libretta Giuseppe Bardariego na podstawie sztuki Friedricha von Schillera pt. „Maria Stuarda”

Świat pełen jest niesprawiedliwości. Wołanie o sprawiedliwość towarzyszy człowiekowi od wieków. Czasami przemienia się w krzyk rozpaczy. Nie ma człowieka na ziemi, który nie doświadczyłby krzywdy czy upokorzenia, nie doznał niesprawiedliwości.


Osobą, która nierzadko spotykała się z upokorzeniem, była Maria Stuarda, tytułowa bohaterka opery tragicznej w dwóch aktach, skomponowanej przez Gaetano Donizettiego do libretta Giuseppe Bardariego na podstawie sztuki Friedricha von Schillera pt. „Maria Stuarda”. Opera opowiada o tragicznych losach panującej w XVI wieku królowej Szkocji, która została zdetronizowana, ścięta, a przy tym pozbawiona godności ludzkiej przez swoją kuzynkę, Elżbietę. Tragiczne, a zarazem burzliwe losy monarchini – więźniarki zamku Fotheringay, dziedziczki fortuny Stuartów – stały się tematem dzieł literackich, pośród których wymienić należy m.in. dramat Juliusza Słowackiego. Konfrontacja dwóch królowych (która w rzeczywistości nigdy nie miała miejsca – wymysł Schillera), budzi zachwyt znawców opery, jak i laików.


Widzowie łódzkich teatrów mieli szansę uczestniczyć w premierze sztuki Donizettiego 15 października bieżącego roku o godz. 19:00, która rozegrała się na deskach Teatru Wielkiego.


Opera wywarła na widzach ogromne wrażenie. Różni się bowiem od większości dzieł operowych, wystawianych w naszym łódzkim teatrze. Porusza wszystkie sfery naszego życia. Niekiedy przypomina serial, który sprawia, że widz tonie we łzach, by za chwilę odczuć złość i niedosyt. Odsłony sprawiają wrażenie niedokończonych. To ogólne wrażenia czekające większość oglądających tę operę.


Reżyser widowiska, Dieter Kaegi, postawił na muzykę i akcję dramatyczną. Mało atrakcyjna i niewyszukana może się wydać scenografia. Być może takie rozwiązanie miało służyć unaocznieniu mrocznego, ponurego i ascetycznego klimatu wnętrz XVI-wiecznych pałaców.


Doskonałą pracę wykonał Bogumił Palewicz, który poprzez umiejętne zastosowanie oświetlenia pomógł wydobyć dodatkowe, trudne do wyrażenia w inny sposób, treści.


Zawód sprawiają oszczędne, wręcz nudne, kostiumy. Widać, że nie zostały przygotowane na potrzeby „Marii Stuardy” i mogą posłużyć w wielu innych inscenizacjach. Rzecz jasna nie one są tu najważniejsze, stanowią jedynie uzupełnienie całości. Czy są jednak bez znaczenia?


Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, Ruben Silva świetnie poprowadził orkiestrę i w dużej mierze przyczynił się do sukcesu, jaki odniosła ta sztuka. Również chór charakteryzowało silne brzmienie.


O dużym sukcesie sztuki niewątpliwie decydują jej wykonawcy. Największe wrażenie robi Joanna Woś wcielająca się w Marię Stuardę. Doskonale poradziła sobie ze swoją rolą. Także Bernadetta Grabias, odtwórczyni  roli Elżbiety I, posiada wspaniały, potężny głos. Swoją grą udowodniła dystans do siebie i postaci, którą odtwarza. Na tle tych dwóch wykonawczyń pozostali aktorzy (Sang-Jun Lee jako Leicester, Patryk Rymanowski jako Talbot, Andrzej Kostrzewski jako Cecil, Małgorzata Borowik jako Anna) wypadli nieco blado.


Mimo pewnych niedociągnięć, operę „Maria Stuarda” w wykonaniu aktorów Teatru Wielkiego w Łodzi można uznać za udaną. Cóż, przecież nic nie jest doskonałe. Co do jednego można mieć natomiast pewność – czas spędzony w teatrze to dobrze spędzonych kilka godzin. Sztuka odwołująca się do moralności człowieka sprawia, że nad wieloma sferami ludzkiej egzystencji zaczynamy się zastanawiać. Być może i w naszym życiu spotykamy się z taką Marią i Elżbietą…

 

autor:

Martyna Wróbel - uczennica III klasy Gimnazjum ZSG w Szczawinie


opiekun merytoryczny:

Alicja Matusz-Rżewska - polonistka ZSG w Szczawinie